Strona wykorzystuje pliki cookies. Jeśli wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony! Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat plików cookies kliknij tutaj

Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna...

06-07-2017

Plan na spędzenie tegorocznego motourlopu był pokłosiem zeszłorocznego wypadu na Nordkapp.

Chcieliśmy kontynuować wątek zdobywania najdalszych geograficznie części Europy, do których da się dojechać motocyklem. I tym oto sposobem plan ogólny zarysował się bardzo szybko: Hiszpania - Portugalia. W ciągu jednego wyjazdu udało się odwiedzić dwa miejsca: Przylądek Marroqui na południu Hiszpanii oraz Przylądek Cabo da Roca na zachodzie Portugalii. Wyjazd na Nordkapp sporo nas nauczył i pozwolił zdobyć duże doświadczenie zarówno w kwestiach przygotowań przed podróżą oraz podczas samej jazdy. Czuliśmy się po prostu pewniej i na spokojnie mogliśmy czynić przygotowania. Z mojej strony najwięcej czasu pochłonęło zaplanowanie trasy. Chcieliśmy, aby tym razem nie było to tylko gnanie do celu. I tym sposobem przesiedziałem sporo godzin, przeglądając co ciekawego dla motocyklistów mogą nam zaoferować te dwa państwa. Czytania było sporo: artykuły, blogi, fora. Wraz z upływem czasu trasa nabierała kształtu. I tak pętla po Półwyspie Iberyjskim od wjazdu do Hiszpanii do wyjazdu z Andory wyniosła blisko 6000km. Dodając do tego sam dojazd i powrót (jakieś 4500km) cała trasa wyniosła bagatela 10500km. Przedstawiając zarys trasy mojemu niestrudzonemu kompanowi podróży Miśkowi, w któryś tam procentowy wieczór, zgodnie stwierdziliśmy, że na paliwo przeznaczymy tyle pieniędzy, że trzeba szukać oszczędności. Wyszły z tego następujące ustalenia: w miarę możliwości śpimy na dziko pod namiotem (choć jest to prawnie zabronione) i omijajmy płatne autostrady na zachodzie. Do tego dwa obowiązkowe punkty na trasie. Punkt pierwszy jadąc tam, jedziemy przez Szwajcarię i odwiedzamy członka naszej grupy Lipkens'a, który aktualnie tam mieszka. Punkt drugi w drodze powrotnej zatrzymujemy się u rodziny w niemieckim Rheinfelden. Gdy ja wklepywałem trasę do nawigacji Misiek ogarniał kilka spraw przy motocyklu. Musiał kupić i wymienić zamki w kufrach, bo po zwiedzaniu północy kontynentu kilka z nich nie wytrzymało. Dołożył uchwyt do telefonu, aby móc korzystać z nawigacji i orientować się na bieżąco w trasie - tego mu ostatnio bardzo brakowało. Oprócz tego obie maszyny zaliczyły ogólny przegląd techniczny oraz wymianę opon. Pozałatwialiśmy również ubezpieczenia, karty EKUZ i resztę formalności na czas naszej nieobecności w kraju. Większość potrzebnych rzeczy mieliśmy odłożone z poprzedniego tripa. Znajdowały się tam różnego rodzaju klucze, bezpieczniki, żarówki, apteczki, kuchenka, menażki i jeszcze sporo rzeczy, których nie wymienię, bo nie pamiętam... grunt, że wszystko było w jednym miejscu i czekało lekko zakurzone na kolejną podróż. Chcieliśmy wyruszyć najwcześniej, jak to tylko było możliwe, bo czekało na nas sporo kilometrów. Misiek był w gotowości od czwartku. Niestety, ale w tym roku to ja miałem problem, aby ogarnąć urlop. O wolnym czwartku mogłem zapomnieć, ale po cichu liczyłem, że w piątek się uda. W sumie udało się... od 15-tej po pracy. Trzeba to było jakoś przełknąć. I tak oto nadszedł czas wyjazdu - piątek 5-tego maja.

Dzień 1

Dopiero po powrocie z roboty rozpocząłem pakowanie kufrów. Wszystkie ww. rzeczy, ubrania, namiot było przygotowane i zapięte na moto o 18-tej. Myślałem troszkę późnawo, ale były dwie opcje: albo jechać do Zgorzelca i być tam w okolicach 22-giej na noclegu, albo ruszyć następnego dnia wcześnie rano i prosto do szwajcarskiego Nendaz oddalonego o przeszło 1400km od nas, gdzie mieszka Lipkens.

Po rozmowie z Miśkiem o 19-tej byliśmy w trasie. Jadąc A4 i opuszczając powoli Górny Śląsk złapała nas burza, ale opady towarzyszyły nam kilkanaście kilometrów, później czarne chmury widzieliśmy już tylko w lusterkach. Krótki, lecz intensywny deszcz znacznie nas zmoczył, ale w między czasie rozpogodziło się i wyschnęliśmy w biegu. Zrobiło się ciemno i kilkadziesiąt kilometrów przed Zgorzelcem rozpadało się po raz drugi. Jadąc po ciemku w tym deszczu, czuliśmy jak w powietrzu unosił się zapach kwitnącego rzepaku. Przynajmniej tyle dobrego na do widzenia spotkało nas ze strony naszego kraju. Lekko przemoknięci i zziębnięci dotarliśmy do Zgorzelca na nocleg. Pierwsze trudne 348km zostało za nami.

Dzień 2

Rano ogarnęliśmy toboły, ubraliśmy nie do końca wysuszone ubrania i wyjechaliśmy. Jeszcze przed wyjazdem z miasta zrobiliśmy zakupy, zatankowaliśmy maszyny po korek i ruszyliśmy jak się później okazało w bardzo ciężką drogę. W Niemczech wiadomo... 140km/h, stacja, 140km/h, stacja itd. Przed godziną 17-tą rozpoczęły się opady deszczu, które towarzyszyły nam do końca dnia. W sumie do celu zostało nam wtedy jakieś 350km, więc myśleliśmy, że spoko, damy radę i będziemy w okolicach 21-wszej na miejscu. Już wtedy Lipkens twierdził, że prędzej jak o 23-ciej nie mamy szans, skoro omijamy autostrady. I miał chłopak rację. Po przejechaniu szwajcarskiej granicy jechaliśmy po 50km/h, bo w tym państwie tak się jeździ i nie pogonisz. Choć deszcz nie odpuszczał i robiło się coraz chłodniej, wizja dachu nad głową, ciepłego miejsca i spotkania znajomych dodawała nam sił. Mniej więcej o 22-giej okazało się, że w zaplanowaną trasę wkradł się chochlik. W opcjach nawigacji miałem ustawione omijanie dróg płatnych, ale omijania promów nie zmieniłem, bo w końcu jedziemy środkiem kontynentu, więc gdzie tam prom. Okazało się przed samymi bramkami, że tym promem w naszym przypadku był pociąg.

Nie wiem co odwaliło nawigacji, że nas tam poprowadziła. Wracać nie było sensu, bo drogi powrotnej było coś przeszło 150km w bardzo kiepskich warunkach, a tak tylko pociąg i 50km, więc różnica znaczna. Dojechaliśmy prawie na miejsce w okolicach godziny 0:30, gdzie przechwycił nas Lipkens i doprowadził do swojego domu. Tego dnia wody mieliśmy serdecznie dość! Opady rozpoczęły się przed 17-tą i towarzyszyły nam przez przeszło 7h. Po zmroku zrobiło się zimno, bo temperatura kołowała w granicach 6-tej kreski... w sumie nie było się czemu dziwić, bo był to początek maja w górach powyżej 1300m.n.p.m. Po wejściu do ciepłego domu, wzięciu ciepłego prysznica, przebraniu się w suche ciuchy, zjedzeniu ciepłego posiłku przygotowanego przez naszych wybawców (Dziękujemy Marcie i Lipkens'owi!) zrobiło się dobrze. Trud całego dnia został za nami, a rozmowie przy stole nie było końca. Ten dzień zamknęliśmy wynikiem lekko ponad 1000km. 

Dzień 3

Z racji tego, że nocne rozmowy troszkę się przeciągnęły, do tego zmęczenie dniem poprzednim było spore, więc wstaliśmy późno. Skorzystaliśmy ze sprzętu do suszenia włosów od Marty, aby podsuszyć przemoczone buty. Mieliśmy nadzieję, że deszcze nas opuszczą, choć za oknem nie do końca to było widać, ale grunt, że nie padało. Lipkens postanowił przewietrzyć również swoją maszynę i odprowadzić nas w stronę Francji.

 

I tak oto w drogę ruszyliśmy dopiero przed 14-tą. Nasz gospodarz zaprowadził nas na początek trasy przez przełęcz Col de la Forclaz, skąd droga prowadziła już prosto do Francji. Po kwadransie od rozstania się z Lipkens'em, żeby jednak mieć tego trzeciego towarzysza, pojawił się deszcz. Na początku tylko lekko dawał o sobie znać, jednak z upływem czasu smagał nas coraz bardziej. Plusem w stosunku do dnia poprzedniego było to, że zjeżdżaliśmy z gór. Wysokość malała, a związana z nią bezpośrednio temperatura rosła, co bardzo nas cieszyło.

 

Późnym popołudniem przestało padać, zrobiło się całkiem przyjemnie, a my postanowiliśmy rozpocząć poszukiwanie miejsca na pierwszy dziki nocleg. W sumie poszło całkiem gładko i wylądowaliśmy obok kanału, którym płynęła woda do podlewania wszechobecnych winnic. Obok naszego obozu znajdowała się mała pompownia. Co kilka minut włączała się pompa i z początku nawet dość mocno nas to drażniło, jednak postanowiliśmy zostać i nie szukać już innego miejsca. Wraz z upływem czasu hałas przeszkadzał nam coraz mniej i było całkiem ok.

Ogarnąłem namiot i wszystko co ze spaniem związane, a Misiek standardowo zajął się ogniskiem i przygotowaniem kolacji. Kilka wesołych płomieni bardzo poprawiło nam humory. Przy rozmowie nad ogniskiem unosiły się wspomnienia z Norwegii. To było to, byliśmy w swoim żywiole. Samej jazdy tego dnia nie było dużo. Późny wyjazd ze Szwajcarii i kolejny dzień z deszczem na plecach dał o sobie znać. Przejechaliśmy tego dnia 295km.

Dzień 4

Wstaliśmy w miarę szybko, zjedliśmy śniadanie, wypili ciepłą herbatkę i w drogę. Plan na ten dzień był prosty - musimy się znaleźć w Hiszpanii choćby niewiadomo co. I tak nawijaliśmy spokojnie kilometry po Francji. Pogoda tego dnia była łaskawa. Przydarzyły się po drodze dwie mżawki, ale to było nic w porównaniu do dni poprzednich. Temperatura również rosła, bo jechaliśmy ciągle na południe.

Około godziny 17-tej wjechaliśmy do Parku Regionalnego Pirenejów Katalońskich. Robiło się coraz ciekawiej dla oka, bo w końcu wjeżdżamy w Pireneje! Trasa po Francji sprawiła nam ogromną przyjemność, jednak to co czekało na nas kilkanaście kilometrów po wjechaniu do Hiszpanii spodobało nam się jeszcze bardziej. Pomimo przejechanych 520km tego dnia cały trud zostawiliśmy na ostatniej prostej za sobą i cieszyliśmy się drogą i widokami.

Do końca dnia mieliśmy puste drogi, a mijane samochody można było policzyć na palcach dwóch rąk. Zrobiliśmy jeszcze postój na uzupełnienie zapasów wody w przydrożnym ujęciu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, więc rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. I udało się znaleźć takowe zaraz przy trasie, z czego byliśmy bardzo zadowoleni, bo nie musieliśmy się szlajać gdzieś daleko. Szybko rozbiliśmy obóz. Doświadczenie w takich momentach procentowało. Każdy z nas wiedział co do niego należy i co ma robić. Przy ognisku nadeszła pora na dosuszenie mokrych skarpetek i majtochów. Było dosyć ciepło i wesoło. Mimo przejechanej dużej ilości kilometrów jakoś nie chcieliśmy kłaść się spać, ale rozsądek zadziałał i postanowiliśmy go posłuchać. To był całkiem udany dzień od rana do wieczora i dzięki temu udało się pokonać 610km czarnej wstęgi oraz rozpocząć właściwą część podróży.

Dzień 5

Z rana przywitała nas piękna, słoneczna pogoda. Odetchnęliśmy z ulgą. W końcu to gorąca Hiszpania, więc deszcz powinien nam w końcu odpuścić. I tak po zwinięciu obozu kontynuowaliśmy podróż po górzystym terenie Katalonii. Widoki miasteczek rozsianych na zboczach gór, zbudowanych z cegły i czerwonej dachówki budziły zachwyt dwóch chłopaków ze Śląska, przyzwyczajonych do innego typu krajobrazu.

Jakość dróg wprawiała nas w pozytywne osłupienie. Drogi na uboczu wąskie, ale z bardzo dobrym asfaltem i mimo sąsiadujących skał czyste, bez większych kamieni wyskakujących za winklem przed przednim kołem. Drogi główne szerokie, nawierzchnia bombowa, winkle pozwalające przycierać kuframi, co Miśkowi zdarzyło się kilka razy tego dnia.


I tak kierowaliśmy się w kierunku pierwszego zaplanowanego punktu, czyli Wzgórz Montseratt. Zrobiliśmy podstój na przygotowanie szybkiej podróżniczej strawy, czyli makaronu z dżemem, a na horyzoncie daleko przed nami dało się zauważyć rysy wzgórz, do których zmierzaliśmy. Po południu osiągnęliśmy cel. Droga na szczyt bardzo przyjemna, podobnie też w dół. Na szczycie odpuściliśmy zwiedzanie Opactwa Matki Bożej będącego męskim klasztorem benedyktyńskim z figurą Matki Boskiej. Skoncentrowaliśmy się na podziwianiu widoków. Ze szczytów gór widać niemal całą Katalonię, a odjeżdżając troszkę dalej można podziwiać dziwną formę skalną, jaką mają te wzgórza.

 

Gdy opuszczaliśmy Montseratt była godzina 16-ta. Pogoda przyjemna, zapas sił był, więc kontynuowaliśmy podróż w kierunku łańcucha górskiego oraz parku jednocześnie o nazwie Serra de Montsant. Godziny mijały, wysokość terenu rosła, a pogoda się psuła. Nim jednak rozpadało się na dobre, zdążyliśmy jeszcze nacieszyć się widokami.


Nie zapowiadało się, patrząc w niebo, że się rozpogodzi, więc rozpoczęliśmy poszukiwania miejscówki na nocleg. Tym razem było ciężko, ale w końcu udało się. Namiot rozbijałem w deszczu - średnia to przyjemność, ale trzeba było się dostosować do panujących warunków. Tego dnia ognisko nie wyszło. Wszystko co nadawało się na opał było mokre, a jeszcze ciągle padało, więc nie miało to większego sensu. Po krótkim biwaku w namiocie dopadł nas jednak sen i padliśmy. W tym dniu nawinęliśmy 382km.

Dzień 6

Po ciemnych chmurach i opadach dnia poprzedniego nie było już śladu.


Lekkie obłoki na niebie dodawały tylko uroku terenom, przez które dane nam było przejechać. Kontynuowaliśmy jazdę drogą przez Montsant podziwiając piękno wzrastających krzewów winnych oraz drzew oliwnych porastających okoliczne pagórki.

 

Dziwiliśmy się patrząc na kolor ziemi, na której uprawiane są te rośliny. Gleba od koloru żółtego, przez pomarańczowy zmienia się w czerwony - dziwne, ale jak to wygląda! Bosko! W porze obiadowej zatrzymaliśmy się na wysokości nieco ponad 1300m.n.p.m., aby przyrządzić coś na ząb. Trafiła nam się bardzo ładna miejscówka.


Wiało dość mocno, jednak ten minus nadrabiały widoki, które z tej wysokości mogliśmy oglądać. Z racji wspomnianego wiatru za plecami zostawiliśmy całe mnóstwo wiatraków, które były rozsiane na wielu kilometrach kwadratowych powierzchni. Przed nami roztaczał się widok na ogromne połacie pól uprawnych. Po przerwie ruszyliśmy w stronę rezerwatu przyrody o nazwie Cierrania de Cuenca. Nim dojechaliśmy na miejsce dopadły nas przelotne deszcze i kilka razy padało dość mocno. Taki urok naszej wycieczki, że dziennie musi coś popadać, bo pogoda nie byłaby sobą. Nie przeszkadzało nam to zbytnio w podziwianiu przyrody.


Brnąc w głąb rezerwatu po drodze pojawiło się ujęcie wody, więc postanowiliśmy się zatrzymać i uzupełnić zapasy, bo nigdy nie wiadomo gdzie wylądujemy. Znowu było nam mokro. Wyjeżdżając z tego miejsca rozglądaliśmy się za noclegiem. Niestety stało się to, co do tej pory mnie omijało. Podczas przeczesywania jednej kamienistej drogi na moto zamiast na nogach, stwierdziłem, że na obóz nie ma szans. Przy zawracaniu, aby wrócić na asfalt mój osiołek przewrócił się na prawy bok. Nie było to miłe uczucie, gdy wiedziałem już, że będzie gleba i nic nie mogłem zrobić, aby temu zaradzić. Sprzęt ciężki, załadowany, mokro, ślisko... starałem się ze wszystkich sił, jednak nie miałem szans. Misiek szybko podleciał i razem postawiliśmy sprzęt na koła. Byłem taki zły na siebie, że nawet nie zrobiłem sytuacyjnego zdjęcia. Po dostaniu się na asfalt, przeprowadziliśmy ogólne oględziny i zgodnie stwierdziliśmy, że nie jest źle. Efektem tej wywrotki było ułamane prawe lusterko i troszkę rys na obudowie kierunkowskazu (chwała, że się nie złamał!), osłonie cylindra i kufrze. Wyleciało również troszkę płynu chłodzącego, ale ubytek nie był duży. Reszta była ok, więc mogliśmy kontynuować poszukiwania miejsca do spania. Jeszcze przez jakiś czas padało, ale z upływem czasu deszcz zelżał i było w porządku... no oprócz tego złamanego lusterka! Tego dnia wyszarpaliśmy ciekawe miejsce do spania. Znajdowało się pomiędzy rosnącymi w nieładzie krzewami nieopodal wysypiska śmieci. Troszkę czasu nam zleciało, nim podjęliśmy decyzję, że zostajemy, ale było późno, z wysypiska nie śmierdziało i znowu zanosiło się na deszcz.


Rozłożyliśmy namiot i zostaliśmy zmuszeni, aby w nim zostać. Kolejny dzień bez ogniska z powodu deszczu. Mieliśmy tego już dość. Morale były słabe i nie mogliśmy ich nawet częściowo poprawić spoglądając na płomienie i grzejąc się przy ogniu. I jeszcze to złamane lusterko! To był dziwny dzień - od euforii przedpołudniowych widoków, zmieniającą się pogodą i terenów w ciągu dnia, do złości po przewrotce i deszczowego wieczoru. Mieliśmy wrażenie, że ciągle gonimy te same chmury. Poranki ciepłe i słoneczne, a po przejechaniu trasy, popołudnia i wieczory spędzane pod wodą. Dziwnie się to układało. Dzień zakończony po przejechaniu 465 km. 

Dzień 7

Otwarliśmy oczy i ku naszemu małemu szczęściu nie słyszeliśmy, żeby padało. W nocy dało ostro, co było słychać w namiocie, aż ciężko było spać. Spakowaliśmy obóz, bo czekała na nas atrakcja turystyczna miasta Cuenca - mianowicie wiszące domy. Nim jednak dostaliśmy się na miejsce okazało się, że to nie jedyna atrakcja, która spotka nas do południa. Wyjeżdżając z miejsca obozowania, jechałem jako pierwszy. Misiek został gdzieś w tyle, poza zasięgiem lusterek, bo droga kręta. Postanowiłem poczekać na niego. Czekam, czekam i nic, ale słyszę, że w końcu wywołał mnie w interkomie, bo wreszcie go włączył. Komunikat był krótki i zwięzły: "Awaria. Ja stoję". Myślę co się mogło stać. Czyżby paciak? Stan nawierzchni po tych deszczach wskazywał, że mogło być mu ciężko wyjechać. Ale nic, wyłączyłem moto i biegiem w stronę kompana. Po drodze dowiedziałem się tyle, że jak przyjdę to zobaczę. Co się okazało. Nie wiemy, czym była wysypana ta droga, ale po tych deszczach było to groźnie klejące się do wszystkiego. Miśkowi oblepiło całą oponę i wyrwało przedni błotnik.


Pobiegłem po klucze, żeby go odkręcić z tego mocowania, które jeszcze jako tako trzymało. Jakoś poszło. Stan błotnika nie był zły. Miał częściowo wyrwane miejsca mocowań, ale byłem dobrej myśli, że da się go przykręcić ponownie i będzie ok. Misiek bez błotnika spokojnie odjechał z miejsca zdarzenia. Ja spakowałem błotnik ze Stelvio do siebie na bagaż i ruszyłem za bratem, ale spoglądałem co się dzieje z moim błotnikiem. Było widać, że ma ciężko, bo sytuacja podobna, ale powoli brnąłem do przodu. Po jakimś czasie przednia opona była tak oblepiona, że moto nie chciało jechać. Tylne koło buksowało, a przód w miejscu. Szybkie czyszczenie opony z tego syfu i próba. Niestety fiasko. W międzyczasie Miśkowi się dłużyło i wrócił na piechotę do mnie. Odkręciliśmy i mój przedni błotnik, bo była ogromna szansa, że też go wyrwie. Okazało się, że u mnie to dziadostwo przylepiło się do błotnika i pomimo oczyszczonej opony nie dało się jechać. Po dobrnięciu do asfaltu oczyściliśmy opony, przykręciliśmy błotniki, straciliśmy mnóstwo cennego czasu i ruszyliśmy w stronę miasta Cuenca. Chmury nas nie opuszczały, ale nie padało i to było bardzo ważne. Do wiszących domów mieliśmy tylko parę kilometrów, więc raz dwa byliśmy na miejscu. Spory ruch w centrum miasta oraz duża ilość turystów w autokarach i samochodach skutecznie zniechęciła nas do zagłębienia się w szczegóły tego miejsca. Pamiątkowe foto z drogi i podążyliśmy za trasą.


Na niebie zaczęło się przejaśniać i droga w kierunku gór Sierra Nevada sprawiała nam sporo przyjemności. Oko miało się czym nacieszyć, ubrania mogły wyschnąć. Nim jednak dotarliśmy do Sierra Nevada w planie było kilka miejsc wartych zobaczenia. Na pierwszy ogień całkiem przypadkowo, ale jakże szczęśliwie zabytkowe wiatraki w Mota del Cuervo! Zjeżdżając z głównej trasy, aby zatankować nasze maszyny, po prawej stronie mijaliśmy wzgórze, a na nim kilka wiatraków. "Ej, no chwila" - tak sobie pomyślałem - "W końcu jesteśmy w ojczyźnie don Kichota."


W mgnieniu oka zapomnieliśmy o rezerwie i byliśmy na wzgórzu podziwiając te wspaniałe budowle oraz widok na miejscowość Mota del Cuervo. Od tego przypadku odmieniła się nasza wyprawa. Następnym, ale już planowanym miejscem na trasie było skupisko jezior zwanych Lagunas de Ruidera. Był to kolejny rezerwat przyrody, przez który mieliśmy przyjemność przejechać. Śmigając linią brzegową mijanych jezior w pewnym miejscu zauważyliśmy po prawej stronie jakieś ruiny. Postanowiliśmy zawrócić i sprawdzić co tam się znajduje. Po oględzinach całego miejsca okazało się, że były to ruiny zamku Castillo de Penarroya zbudowanego około IX-X wieku oraz zapora wodna, znajdująca się w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Zapora została wybudowana oczywiście dużo później niż sama twierdza.


Woda w tych jeziorach miała kolor intensywnie seledynowy. Wydawało się, że jest to nienaturalne, a jednak było. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów stwierdzając, że godzina już słuszna i trzeba szukać noclegu. Po drodze zdążyliśmy jeszcze zmoknąć, bo trafiliśmy na burzowe chmury. Całe szczęście, że centrum ulewy było oddalone od nas dość daleko, nam dostało się rykoszetem. Niestety w kufrach nie mieliśmy nic, żeby od razu rozpocząć poszukiwania miejsca na obozowanie i trzeba było znaleźć jakiś sklep. Zboczyliśmy z trasy i udało nam się uzupełnić zapasy. Wyjeżdżając z miejscowości Genave około godziny 18-tej od razu rozpoczęliśmy poszukiwania godnego miejsca do spania. Zeszło nam z tym do 19:20, pokonując na końcu kilku kilometrowy odcinek szutrowej drogi wzdłuż brzegu zbiornika Embalse del Guadalmena. I udało się!

 

Znaleźliśmy miejsce na rozbicie namiotu (choć było trudno), miejsce na ognisko, mieliśmy dostęp do wody i czegóż chcieć więcej. Obóz idealny to było to, czego potrzebowaliśmy, aby zapomnieć o paru ostatnich lokalizacjach. I tak zakończyliśmy dzień pełny wrażeń, a na liczniku przybyło 361 km.

Dzień 8

Udało się wstać i mieliśmy chęci na dalsze zwiedzanie nieznanych nam krain, tym bardziej, że tego dnia już nieodwołalnie mieliśmy się wspinać po górach Sierra Nevada. Na niebie było szaro i była duża szansa, że będzie padać. Udało nam się wyjechać i tak przez większość dnia uciekaliśmy przed deszczem - tym razem skutecznie. Po drodze odwiedziliśmy park naturalny Sierra de Cazorla, Segura i Las Villas, w którym już było po deszczu, więc dobra nasza. Przejechaliśmy po zaporze na rzece Gwadalkiwir i podążaliśmy na południe brzegiem spiętrzonej rzeki. Zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie podziwiając widoki oraz roślinność rosnącą w tym ogromnym parku.


Popołudniem zjedliśmy obiad podziwiając piękną panoramę, jaka roztaczała się przed nami. Odpoczęliśmy i naładowaliśmy akumulatory na dalszą drogę.


Po opuszczeniu Sierra de Cazorla mknęliśmy w stronę gór Sierra de Baza. Czekała na nas niespodzianka. Po dość długim podjeździe osiągnęliśmy wysokość 2000m.n.p.m. Było wyśmienicie. Chmury nas opuściły, wyszło słońce i można było cieszyć się jazdą i widokami. Pojawił się jednak mały problem - od dłuższego czasu nie mijaliśmy stacji benzynowej i w Stelvio zostało niewiele wachy, więc trzeba było oszczędzać. Misiek miał myśl i rozwiązał ten problem.


Rozpoczęliśmy akurat zjazd, więc wyłączył zapłon i pozwolił działać grawitacji. Nie wiem ile kilometrów pokonał tym sposobem, ale szło mu całkiem dobrze, nawet do tego stopnia, że to ja zostawałem z tyłu za jego plecami, nie umiejąc dotrzymać mu tempa. U podnóża gór znaleźliśmy stację, mijając po drodze kolejną wielką farmę wiatraków. Zatankowane maszyny powiozły nas w kierunku Sierra Nevada. Raz dwa byliśmy na miejscu i znowu rozpoczęliśmy wspinaczkę. Robiło się późno, kończyło się miejsce na kartach pamięci, więc postanowiliśmy nie spać na dziko tylko na kwaterze. Z pomocą przyszedł Booking.com. Znalazłem odpowiadającą nam ofertę, więc ruszyliśmy w jej kierunku. Byliśmy w pobliżu i otrzymałem informację, że rezerwacja odwołana przez właściciela kwatery. Dziwne, ale nie to nie. Podejście numer dwa... udało się, ale miejsce noclegu było troszkę daleko. Nam to nie przeszkadzało. Pogoda dopisywała idealnie, drogi na południowych zboczach również, więc można było jechać. Tak śmigając po winklach, omówiliśmy kwestię dróg. Zgodnie stwierdziliśmy, że Hiszpanie to są niezłe "krejzole". Mieliśmy za sobą już sporo kilometrów nawiniętych w tym państwie. Drogi utrzymane bardzo dobrze na każdej wysokości topograficznej. Tysiące pokonanych zakrętów spowodowały, że tylna opona Stelvio kończyła się na bokach, a na środku mogła jeszcze śmiało zrobić któryś tysiąc. Kosmos. Dotarliśmy do miejscowości Trevelez, gdzie mieliśmy zatrzymać się na nocleg. Było ciężko z podjazdem, bo uliczki wąskie i strasznie strome, ale po dłuższym czasie i wskazówkach udzielonych przez właścicielkę jakoś dobrnęliśmy z maszynami pod drzwi.


Godzina była słuszna, na zewnątrz zapadał zmrok, więc zdążyliśmy na ostatni moment. Udało się skopiować dane z kart na dysk oraz wypocząć na miękkim łóżku. To było warte całego zachodu. Dzień zamknięty po 412km.

Dzień 9

Po śniadaniu opuściliśmy naszych gospodarzy i kontynuowaliśmy swoją tułaczkę po górach Sierra Nevada. Przed południem po raz kolejny osiągnęliśmy przeszło 2000m.n.p.m. Zjeżdżając z góry myślałem już tylko, aby dostać się do Grenady, bo być może uda się kupić nowe lusterko do mojego sprzętu. Niestety na miejscu okazało się, że w sobotę serwis jest nieczynny i mogą mi pomóc dopiero w poniedziałek. Przy naszym tempie nawijania kilometrów takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w grę, więc odjechaliśmy w kierunku miejscowości Ronda. Po drodze dopadł nas deszcz, miejscami dość obfity, ale jakoś to poszło. Z Rondy na południe biegnie droga w stronę morza oraz miasta Marbella, którą chcieliśmy pokonać. Deszcz ustał, droga zrobiła się sucha, więc można było odkręcić manetkę na szerokich winklach. Oprócz ciorania podnóżkami po asfalcie, część uwagi poświęcaliśmy na nacieszenie oka tamtejszym krajobrazem. Po rozgrzewającym zjeździe czekała na nas spokojna droga w stronę Gibraltaru. Za pierwszym podejściem w celu przekroczenia granicy kolejka samochodów na wjazd do tego małego państwa nas odstraszyła. Przystanęliśmy na boku pomyśleć co dalej, aż tu nagle niemal nad naszymi głowami samolot rozpoczął podchodzenie do lądowania. Zaświeciła się kolejna lampka podczas tej wyprawy - przecież tu jest lotnisko, a droga prowadzi przez pas startowy i podczas lądowania oraz startu samolotów ruch graniczny jest wstrzymywany - dlatego tyle samochodów czekało wcześniej na wjazd. Zawinęliśmy w stronę przejścia granicznego i po kilkunastu minutach byliśmy w Gibraltarze. Objechaliśmy go dookoła robiąc fotki przy latarni oraz na tle charakterystycznej dla tego państwa skały.


Zmitrężyliśmy sporo czasu, ale było warto. Będąc tak blisko trzeba było tam wjechać. Po objechaniu małego przylądka i wjeździe do Hiszpanii rozpoczęliśmy szukanie noclegu. Tego dnia niestety zajęło nam to dość dużo czasu, ale w końcu się udało. Rozbicie obozu, małe ognisko i w kimę. Tego dnia przejechaliśmy 596 km.

Dzień 10

Tego dnia przywitała nas mgła nad zbiornikiem, nad którym przyszło nam regenerować siły. Podczas zwijania obozu mgła się cofała, słońce świeciło pełnym blaskiem, więc widoki były bardzo przyzwoite.


Plan na ten dzień był prosty. Dojechać do Przylądka Marroqui, a później już prosto w stronę Portugalii. Aby osiągnąć nasz pierwszy cel musieliśmy się cofnąć blisko 90km. Tak słabo poszło nam szukanie miejsca na obóz dnia poprzedniego. Nie zawsze świeci słońce... choć tamtego dnia akurat świeciło. Trudno. Pomknęliśmy szybko całkiem na południe Europy. Przejeżdżając przez Park Naturalny del Estrecho dojechaliśmy do miejscowości Tarifa. Zostawiliśmy nasze rumaki i na piechotę osiągnęliśmy najbardziej wysuniętą na południe lądową część Europy. Punkt pierwszy założonego na samym początku planu został osiągnięty.


Czas na punkt numer dwa tj. Cabo da Roca, więc nie tracąc zbytnio czasu ruszyliśmy w jego kierunku. Kwadrans po 14 zostawiliśmy za sobą miasto Jerez de la Frontera i postanowiliśmy przystanąć na chwilę, coś zjeść i troszkę odpocząć. Pogoda dopisywała i robiło się już naprawdę ciepło. Była połowa maja, a temperatura sięgała 27 kresek.


Po krótkim odsapnięciu brnęliśmy bez przerwy na przód. O 19:30 przekroczyliśmy granicę hiszpańsko-portugalską. Dobrze, że zmrok nadchodził późno. Ujechaliśmy 80km od granicy i po krótkich poszukiwaniach ogarnęliśmy miejsce na nocleg przy praktycznie niemal przy samej trasie. Nauczka z dnia poprzedniego, gdzie szukaliśmy miejsca szmat czasu, a później i tak trzeba było nadrobić przez to blisko 200km, kazała nam pozostać nad brzegiem rozlewiska rzeki Gwadiana.


Miejsce idealne i jedyne czego można było się przyczepić to z rzadka przejeżdżające samochody. Jednak magia ogniska zrobiła swoje i kładliśmy się w dobrych nastrojach. Tym oto sposobem zakończyliśmy dzień po przejechaniu 560 km.

Dzień 11

Z rana budzi nas dźwięk dzwonków... i to nie były nasze komórki. Co jest grane? Otwieram namiot, wyglądam na zewnątrz i wszystko stało się jasne. Okazało się, że dwóch tubylców wypasa owce.

 

Co prawda wieczorem widzieliśmy ich wyjeżdżających jakimś pick-up'em niedaleko od miejsca naszego postoju, ale nie spodziewaliśmy się, że rano zagonią w naszym kierunku stado owiec. Nie pozostało nam nic innego, jak się przywitać i szybko zwinąć obóz, nie chcąc nadwyrężać uprzejmości lokalnego społeczeństwa. Śniadanie zjedliśmy na pobliskiej marinie, które przypadło jak dla nas o bardzo wczesnej porze. Trudno, będzie dłuższy dzień (czyt. więcej kilometrów). Ruszyliśmy na zachód będąc pewnymi, że tego dnia osiągniemy cel numer dwa, dla którego odważyliśmy się ruszyć w tak daleką podróż. Na naszej drodze pojawiła się również stolica Portugalii - Lizbona. Brnąc po tym ogromnym mieście, stojąc w korkach i na dziesiątkach świateł, mieliśmy jeden cel (tzn. ja miałem bardziej) - chciałem wreszcie kupić to nieszczęsne lusterko! Znaleźliśmy wreszcie serwis w tej miejskiej dżungli dopiero za drugim podejściem. Pan przyjmujący sprzęty na serwis oznajmił mi, że to nie on zajmuje się działem części i mi nie pomoże, a kolega, który obsługuje tamto stanowisko akurat ma sjestę i będzie na miejscu za dwie godziny. Doprawdy nie umiem do tej pory pojąć tego, jak to wszystko tam funkcjonuje. Lekko, że tak to nazwę zirytowany, opuściłem lokal i ciułając dalej przez Lizbonę jechaliśmy prosto na przylądek. Dotarliśmy po godzinie 14 na Przylądek Cabo da Rock'a, który znajduje się na terenie Parku Narodowego Sintra-Cascais.


Dojazd na miejsce nie sprawił nam jakiś większych kłopotów. Na miejscu nie zastał nas też ogrom turystów, dlatego na spokojnie mogliśmy zrobić pamiątkowe zdjęcie, spojrzeć na bezkres wód Oceanu Atlantyckiego oraz zobaczyć zabytkową latarnię morską. Napis na tablicy głosi: " Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. I tak też było w rzeczywistości. Opuściliśmy to miejsce, a z tyłu głowy gdzieś krążyła myśl, że każdy kolejny kilometr przybliża nas do domów. Ale to nie był jeszcze koniec przygód i nie dojechaliśmy na spokojnie, jak rok wcześniej z Norwegii. Jednak to wszystko przed było przed nami. Pokręciliśmy się dodatkowo po wąskich uliczkach historycznej miejscowości Sintra i wyjechaliśmy z Parku Sintra-Cascais kierując się na północ. W planie trasy znajdowała się miejscowość Peniche, położona na małym przylądku. I w tą stronę skierowaliśmy nasze maszyny, chcąc objechać go dookoła. Zrobiliśmy sobie przy brzegu Atlantyku postój.

Oprócz walorów widokowych, w tym miejscu zapadły ważne decyzje dotyczące przebiegu dalszej podróży. Plan zakładał, że od tego miejsca po Portugalii i Hiszpanii w nawigacji wklepane było jeszcze około 3100km trasy. Do tego trzeba było dodać 2200km odległości między Andorą, do której chcieliśmy wjechać, a Śląskiem. W sumie 5300km w ciągu 6 dni - nierealne, zważywszy na doświadczenie, które już zdobyliśmy kręcąc się po Półwyspie Iberyjskim. Zmuszeni byliśmy odpuścić ciekawszą część asfaltów dla motocyklistów w Portugalii oraz całą północną Hiszpanię. Z tego miejsca od domu dzieliła nas odległość 3200km, czyli ponad 500km dziennie. Nie dość, że kilometrów było i tak sporo do pokonania, to w Stelvio kończyła się opona. Obwieściła to wychodzącym na zewnątrz drutem w środkowej części bieżnika. Oprócz czasu na pokonanie odległości trzeba było doliczyć czas w serwisie. Nie było co szaleć i nadszedł moment zawijania się w stronę Polski. Samo zaplanowanie trasy było proste. Najszybsza, z unikaniem opłat i promów tak na wszelki wypadek. Gdy ruszaliśmy z Peniche była 19:20. Późno, ale namiotu w mieście nie rozłożymy, bo by nas zawinęli. Postanowiliśmy wyjechać z miasta, tylko że na tym terenie prawie ciągle towarzyszył nam obszar zabudowany. Cóż mam rzec... tego wieczora było ciężko. Miejsce ogarnęliśmy prawie po ciemku, bo na zegarach było już po 22-giej. Szybkie rozstawienie namiotu i w kimę, bo nie mieliśmy sił na więcej. Tego dnia przybyło 529km na licznikach.

Dzień 12

Rano obudził nas hałas sprzętu rolniczego, a mianowicie traktora, który śmigał, aby obrobić jedno z pól sąsiadujących z naszym obozem.


Pod koniec jazdy poprzedniego dnia, Stelvio zaczęło ryczeć coraz głośniej. Okazało się, że wydmuchało uszczelniacze pomiędzy rurami wydechowymi a katalizatorem. Oprócz przyjemnego hałasu, który generował silnik V2 był jeden minus. Struga gorących spalin wydostających się z nieszczelności uderzała o prawy but Miśka, powodując, że jego stopa się smażyła, jak w piekarniku. O ile przy wyższych prędkościach nie było to odczuwalne, to przy niższych temperatura w bucie rosła. Mieliśmy akurat pod ręką troszkę aluminium, więc nastąpiła próba uszczelnienia połączenia. Straciliśmy przez to troszkę czasu, ale jakiś tam komfort w jeździe trzeba było mieć.


Okazało się, że zabieg pozwolił na przejechanie jedynie 150km w lepszych warunkach. Niewiele, ale chociaż spróbowaliśmy. Oprócz tego trasa przebiegała głównie drogami ekspresowymi, więc pęd powietrza robił swoje. Do czasu. W tym dniu popołudniem przyszło nam się przebijać przez Madryt. Kolejny ciężki odcinek drogi, szczególnie dla gości. Nie dość, że temperatura sięgała 32 stopni, masa samochodów, jezdnie po kilka pasów ruchu z dziesiątkami zjazdów po drodze, ja bez prawego lusterka, Misiek z piekącą się nogą... dostaliśmy w kość. Po kilkudziesięciu minutach walki udało się wyjechać z centrum i na drodze wyjazdowej ze stolicy było już dobrze. Zrobiło się późno, więc zjechaliśmy z głównej drogi w celu znalezienia miejsca na obóz. Trafiła się całkiem fajna miejscówka.


Były się kamienne stoły i ławy oraz wydzielone miejsca na ognisko. Miejsce na namiot również całkiem spoko, a że był to środek tygodnia nie martwiliśmy się, że ktoś tu przyjdzie imprezować. I tak też się stało, w spokoju upłynął nam wieczór, noc i poranek. Mimo nie do końca sprzyjających okoliczności z rana ogólnie przejechaliśmy 693 km.

Dzień 13

Po śniadaniu wyjechaliśmy w stronę Saragossy (280km), w której mieścił się serwis Moto Guzzi. Mieliśmy nadzieję, że będą w stanie zająć się oponą, bo z obsługą monowahacza bywa różnie. Do głównej trasy mieliśmy jakieś 60km. Ale co to była za droga. Przypomniały się czasy wjazdu do Hiszpanii i winkli w towarzystwie przyrody, a nie gnania po prostej w kierunku domu. Bardzo miłe rozpoczęcie dnia. W Saragossie pod drzwiami serwisu zameldowaliśmy się kilka minut po 13-tej.


Właściciel okazał się bardzo miłym i wesołym człowiekiem, tyle tylko, że ni w ząb nie znał angielskiego, a my podobnie wyglądaliśmy z hiszpańskim. Ale przy odrobinach chęci z obu stron udało się przekazać co jest nie tak i co trzeba zrobić. Od razu porzucił swoją dotychczasową robotę i zajął się maszyną Miśka. W ciągu dwóch godzin opanował oponę oraz uszczelnił wydech. Korzystając z dobrej passy brata postanowiłem poświęcić czas i zajechać do serwisu BMW, który znajdował się w tym mieście. Oczywiście z nadzieją, że może uda mi się kupić to cholerne lusterko. Po raz pierwszy usiłowano mi naprawdę pomóc. Niestety, lusterka na miejscu nie było, na salonie nie mieli tego modelu, żeby odkręcić, ani żaden z pracowników na R1200RS nie jeździł na co dzień, bo być może od niego udałoby się przekręcić. Nic z tego nie wyszło, ale nie byłem zły, bo naprawdę chcieli, a nie wykręcali się sjestą. Trzeba było więc kierować się dalej w stronę domu. Nocleg znaleźliśmy tego wieczora bez większych problemów.


Był dostęp do wody, opału, miejsce na namiot, ładna sceneria, czyli to co być powinno, aby odpocząć i zebrać siły na kolejny dzień, w którym mieliśmy się przeprawić po raz drugi przez Pireneje. Przejechaliśmy kolejnych 509km, czyli mieściliśmy się w planie.

Dzień 14

Tego dnia wywleczenie się z namiotu było trudne. Nie przez to, że pogoda była nie taka, czy jakieś inne zewnętrzne okoliczności... po prostu nam się nie chciało. Chyba dopadło nas zmęczenie, ale to była już końcówka podróży, więc moim zdaniem i tak późno nas to złapało.


Lekkim bodźcem był dla nas fakt, że wracaliśmy w góry i droga nabierze odpowiedniego kształtu i charakteru. I tak też się stało. Przed południem śmigaliśmy po pirenejskich winklach mknąc w stronę Andory. Wjechaliśmy do tego małego państwa i pierwsze co nas zaskoczyło to ceny paliwa. Przez całą podróż nie uświadczyliśmy cen poniżej 1,2€, a przyszło nam płacić i po 1,6€. W Andorze był za to prosty przelicznik 1l = 1€. Jako że w naszych zbiornikach stan paliwa był niski, postanowiliśmy skorzystać z promocji i zatankowaliśmy do pełna. Ciekawym dla oka był krajobraz. Ciekawa, nowoczesna architektura budynków rozsianych po zboczach gór i ciągnących się wzdłuż drogi odwróciła częściowo naszą uwagę od pogarszającej się pogody. Przy wyjeździe z tego kraju zastał nas niemal zimowy krajobraz.


W sumie nie było się czemu dziwić, gdyż droga którą jechaliśmy zaprowadziła nas powyżej 2400m.n.p.m. Po przekroczeniu granicy, która znajdowała się tuż za rogiem wjechaliśmy do Francji. Niestety słońce i dobra pogoda zostały po zachodniej stronie Pirenejów. Można było powiedzieć, że zapomnieliśmy jak wygląda deszcz, bo przez ostatnich kilka dni było nam ciepło i sucho. Zjazd ze wschodniego zbocza wąskimi, mokrymi, miejscami stromymi i ciasnymi zakrętami przy niskiej temperaturze był bardzo wymagający. Na szczęście wraz z kolejnymi kilometrami w kierunku wschodnim pogoda się poprawiała i noclegu szukaliśmy w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. W tym celu przyszło nam troszkę pobłądzić po francuskich plantacjach. Koniec końców udało się znaleźć miejscówkę do spania wśród otaczającej nas ładnej przyrody.


Wysokie drzewa, których pnie były obrośnięte bluszczem zrobiły na nas ogromne wrażenie. Suchego opału było w tym miejscu od zatrzęsienia, więc ognisko było obowiązkowe. Nic nie zwiastowało problemów dnia następnego. Po przejechaniu 549km udaliśmy się na spoczynek.

Dzień 15

Tak jak skończył się dzień poprzedni rozpoczął się następny - w promieniach słońca. Był to nasz ostatni obóz na dziko, bo tego dnia mieliśmy dojechać do niemieckiego Rheinfelden, gdzie czekał na nas nocleg u rodziny. Spakowaliśmy wszystkie graty i wyruszyliśmy. Pogoda była bardzo zmienna tego dnia.


Przed południem słonecznie, w południe deszcz, później znowu było sucho przez parę godzin i znowu deszcz. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że w Niemczech padało od samego rana i prognoza pogody nie przepowiadała tam poprawy pogody. Chcąc lekko podgonić wjechaliśmy na autostradę A7, po której przejechaliśmy 120km płacąc za ten odcinek 27zł. Wylądowaliśmy pod Lyon'em i tam skierowaliśmy się z powrotem na drogi niepłatne. Kilometry mijały, pogoda się zmieniała i było średnio.       Wszystko to trwało do godziny 17-tej. Po przebyciu 7858km tej podróży, niedaleko miejscowości Besancon, Stelvio wyzionęło ducha przed jednym z rond. Oprócz drobnych usterek, które towarzyszyły temu zajściu, najpoważniejszą z nich była awaria jednostki sterującej całą elektryką. To unieruchomiło motor Miśka na dobre. Stojąc na poboczu kombinowaliśmy, jak tu z tego wyjść. Telefony w dłoń. Wykupione przed wyjazdem assistance oferowało transport lawetą niby do 250km. Okazało się, że tylko na papierze, ale przynajmniej ściągnęli moto z pobocza i zawieźli na strzeżony parking w Besancon. Nim laweta pojawiła się na miejscu, w Polsce była już ustawiona ekipa ratunkowa.


Ogarnąłem miejsce do spania w jakimś hotelu w Besancon i tego wieczora w łóżkach zameldowaliśmy się bardzo późno. Dla mnie dzień zakończył się po przejechaniu 504km.

Dzień 16

Opuściliśmy hotel chwilę przed południem. Wspomniana wcześniej ekipa ratunkowa to dwóch naszych przyjaciół - Rafał i Łukasz oraz Mercedes Vito. Ruszyli z Polski o 5-tej rano i mieli do pokonania 1300km. My odebraliśmy Stelvio z parkingu, bo była sobota i tylko do 14-tej ktoś tam był, aby wydać sprzęt. Później tylko telefonicznie trzeba by było ściągać obsługę. Chcieliśmy tego uniknąć, bo z angielskim w tym kraju ciężko i mało kto coś rozumie. Czekając na transport na pobliskim parkingu troszkę rozkręciliśmy motor Miśka, aby dało się go zapakować do auta. Przed godziną 16-tą ekipa dojechała do nas. Szybkie pakowanie wszystkich gratów i w drogę, bo chcieliśmy pokonać 200km drogi powrotnej do miejsca, gdzie mieliśmy być 24h wcześniej. Jako że w Vito zostały się dwa miejsca siedzące, Misiek tego dnia robił za plecaczek na RS-ie. Było ciężko i dla niego, i dla mnie, ale jakoś daliśmy rady i po 19-tej we czwórkę byliśmy u Ani i Davida. Bardzo się cieszyłem na to spotkanie, bo oprócz ciepłego przyjęcia przez naszych gospodarzy (DZIĘKUJEMY!), w garażu czekała na mnie paczka z lusterkiem i klockami hamulcowymi na tył. Parę dni wcześniej po nieudanych próbach ogarnięcia tych tematów w ESP, poprosiłem Davida, aby załatwił to w Niemczech, bo mieszka niedaleko serwisu. Wreszcie! Moto kompletne! Tego wieczora do rozwiązania pozostał jeszcze transport Miśka do Polski. Po tych 200km na tylnym siedzeniu stwierdził, że chciałby uniknąć śmigania we dwójkę przez całe Niemcy i Polskę. I udało się to załatwić. Znaleźliśmy bilet na samolot w cenie 350zł na niedzielę z oddalonego o 250km lotniska w Stuttgarcie do Krakowa.

Dzień 17

I tak przy pięknej pogodzie przed południem pożegnaliśmy się z Anią i Davidem. Korzystając z tego, że w Vito było jeszcze miejsce, postanowiłem zapakować do niego wszystkie moje toboły, łącznie z kuframi. Wziąłem tylko plecak, do którego spakowałem prowiant, wodę, szmatkę i spray do czyszczenia szybki w kasku. Czas w drogę. Ja z Miśkiem na dwóch kółkach podążyłem w stronę Stuttgartu, a Rafał i Łukasz w stronę Polski. Odstawiłem brata na lotnisko i sam już gnałem do domu. Było ciepło i można było wypuścić koniki na wolność. Pośmigały sobie, jak mało kiedy. Po jakimś czasie zatrzymałem się zatankować i coś zjeść. Na postoju przypadkiem spotkałem się z chłopakami, którzy chwilę wcześniej wymieniali koło na autostradzie, bo złapali gumę. Przygody każdego dnia. W domu zameldowaliśmy się różnie. Najszybciej przybył Misiek, co było do przewidzenia. Ja zameldowałem się o 22-giej, a ekipa w Vito pół godziny później. Tego dnia padło 1257km w czasie 11h i 15min.

Podsumowanie.

To była długa i wymagająca podróż. 16 i pół dnia jazdy dzień w dzień, gdzie pogoda płatała figle, kilometry uciekały w różnym tempie, a nasze sprzęty również robiły nam niespodzianki różnego typu. Jednak to wszystko było warto pokonać dla czasu spędzonego w Hiszpanii. Przejeżdżaliśmy przez wielkie miasta, małe wioski z wąskimi i stromymi uliczkami oraz po terenach, gdzie nie było innych ludzi. Ten kraj dla oka wygląda ciekawie wszędzie. Droga bardzo rzadko kiedy była nudna, a asfalt kiepskiej jakości, także nie odczuwaliśmy większego zmęczenia, bo głowa ciągle była zajęta zapamiętywaniem. Planując trasę teoretycznie wyszło, że damy radę przejechać ją tak, jak założyłem. Na miejscu okazało się, że to nie było takie proste. Po samym wjeździe w Pireneje i paru kolejnych dniach wiedziałem, że już mieliśmy poślizg. Kilometry nie uciekały w takim tempie jak oczekiwałem, a to wszystko przez setki zakrętów, które pokonywaliśmy każdego dnia. Jednak nie przejmowałem się tym, bo wiedziałem, że dojedziemy do głównego celu podróży tak czy inaczej. I tak też się stało. Ogólnie zabrakło nam 3-4 dni, aby zobaczyć ciekawszą stronę Portugali oraz północ Hiszpanii. To co pozostało niezdobyte będzie na kolejny wyjazd. Najgorzej z tego wszystkiego wypadła dla nas Francja. Już pomijam fakt, że Stelvio się tam popsuło. Byliśmy tylko przejazdem, a tydzień po naszym powrocie w skrzynce na listy były dwie koperty z francuską pieczątką, jedna dla mnie i jedna dla Miśka. W środku powiadomienie o nałożeniu mandatu, oba w wysokości 45euro za przekroczenie prędkości o 3 i o 4km/h. To jeszcze nie wszystko. 3 tygodnie po powrocie znowu ta sama koperta, tym razem tylko dla mnie... kolejne 45 euro. Do tego ekipa ratunkowa, która rzuciła wszystko, aby nam pomóc, również dostała mandat za przekroczenie prędkości o 2km/h. Francja kosi równo i nie odpuszcza niczego. Pomijając te opieczętowane niespodzianki ze strony francuskiej oraz awarię Stelvio, mogę śmiało powiedzieć, że to była udana podróż. Było kilka trudnych momentów, ale udało się nam je przezwyciężyć i nie poddaliśmy się. Zawsze to jakieś doświadczenie, które przyda się podczas kolejnych podróży, gdzie jeszcze nie jedno nas zaskoczy.

Czy było warto? Oczywiście!:)

Całkowita długość trasy: ponad 9300km

Koszty:

Paliwo R1200RS: 2890zł (508l)

Opłaty za drogi: 120zł

Noclegi (2 osoby): 510zł

Żywność (2 osoby): 680zł

P.S.

Jeszcze raz pragniemy podziękować Marcie i Lipkens'owi, Ani i David'owi za ciepłe przyjęcie i możliwość schronienia się pod ich dachem.

DZIĘKUJEMY!!!

 

FOTOGALERIA

Autor: Maro

Artykuły

CZYTAJ WIĘCEJ

Znajdź artykuł