Strona wykorzystuje pliki cookies. Jeśli wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony! Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat plików cookies kliknij tutaj

Jak to stałem się pasterzem kozy

12-03-2017

Kurde, jakie to bydlę ciężkie, a jakie wysokie...  jak można coś takiego opanować?

Jak w ogóle można na coś takiego się wdrapać? Zdobywanie Mattethornu przy próbie wdrapania się na siodełko w tym czymś jest jak wycieczka do osiedlowego sklepu po zimnego browara w ciepły dzień... jadę i w głowę zachodzę, jakim cudem mogłem się na coś takiego zdecydować? Mijam kolejne kilometry, które zbliżają mnie do celu. Powtarzam sobie, jakie są słabe punkty tego modelu, że trzeba zwrócić uwagę na miejsce, gdzie wahacz łączy się z amorem, jak wyciągnięty jest łańcuch... przecież to tylko jednoślad, skąd te nerwy? Zagaduję kumpla jak sprawuje się jego egzemplarz, coś tam słucham jego odpowiedzi, ale myśli nie do końca pozwalają się skupić. Kumpel, który ofiarnie zgodził się towarzyszyć mi w ten słoneczny dzień, nie będzie zadowolony bo rano spadł śnieg i temperatura, a on jeszcze nie wie, że w razie popełnienia transakcji ze sprzedającym, będzie tą maszyną wracał do nowego garażu, dobrze, że swieci słońce. 

Jesteśmy na miejscu, niesamowite miejsce. Zastanawiam się, jak ktoś kto mieszka na zboczu góry, wśród lasów i pól, może chcieć się pozbyć maszyny pozwalającej skorzystać z pełni wolności jaką daje takie miejsce? Z tarasu widać cały Żywiec, górę Żar i jeszcze inne szczyty, na które aż prosi się wjechać, najlepiej jedną z wielu dróg, które są zupełnie pozbawiane asfaltu. To trochę jak zamiast 4 daniowej kolacji z Kicią woleć kupić w kiosku "Twój weekend" i paczkę chusteczek, totalne nieporozumienie. Moim oczom ukazała się przyczyna całego zamieszania, powód dla którego zdecydowałem się wyciągnąć kumpla, w sobotę, z samego rana z objęć jego żony, możliwa przyczyna, dla której sam będę zarywał sobotnie poranki, żeby sprawdzić czujność gajowego.

Z garażu dostojnie wytoczył się niebieski wielbłąd. Kurde, jakie to jest wielkie... Zaczynam oglądać, patrzę na łańcuch, ale widzę jak wielka przestrzeń dzieli miejsce gdzie w czasie jazdy spoczywa tyłek, a miejscem gdzie powinny sięgać nogi. Oglądam lagi, ale zamiast szukać wycieków, widzę tylko, że przednie koło jest tak duże, że mogłoby mieć własnego satelitę. Spoglądam na silnik, żeby ustalić czy oliwa nie ucieka jakimiś dziurami lecz widzę całą panoramę Beskidu Żywieckiego przez miejsce, w którym zwykle w czasie jazdy porusza się koło skacząc w górę i w dół. W to miejsce spokojnie można schować moje podróżne sakwy z Fazera. Trzeba jednak zachować się jak profesjonalista i powiedzieć coś mądrego, co przekona sprzedawcę, że się znam i odwiedzie go od chęci utrzymania swojej ceny dlatego wypalam coś w rodzaju: ładny, niebieski, Oluś przejedziesz się żeby sprawdzić czy wszystko jest halo? Nie ma co, fachowa ocena.

Pocieszam się, że zaoszczędziłem sobie kilku stłuczeń gdybym tak wywalił orła przy próbie odpalenia tego bydlaka za pomocą kopki podobnej do korby, którą uruchamiało się samochody 100 lat temu. Z daleka było widać jego kask, nienaturalnie rozciągnięty uśmiechem jaki zagościł na jego twarzy. Zjawisko na jego twarzy przekonało mnie. Trochę było mi żal, że Kolega jeszcze nie wie, że wydał na siebie wyrok brzmiący: jedziesz 100 km w słońcu i 5 stopniach, ja puszką, a on na właśnie zakupionym XT-ku, w letnich rękawicach. Pomyślałem też, że zatrzymam się czasem na stacji, żeby rozmroził sobie ręce, może raz? Pierwsza moja jazda od razu wzbudziła we mnie niepokój. Bałem się pomimo tego, że moja brama garażowa otwiera się do góry, przygrzmocę w nią głową. W ten dzień, gdy dzielnie pilotowałem Olusia jadącego nową zabawką do mojego garażu, większość czasu patrząc w lusterka czy jeszcze jedzie, pozwoliłem sobie samodzielnie zaparkować sprzęta. Przejechałem całe 5 metrów mając głowę wysoko jak nigdy przedtem i muszę przyznać, że fajnie było. Wpis dedykuję Olusiowi, bez którego pomocy pewnie XT dalej byłby skryty za ogłoszeniem o chęci sprzedaży. Dzięki!

Następnego dnia po sprowadzeniu kozy do garażu, w zasadzie to nie wiem dlaczego komuś udało się we mnie zaszczepić to określenie na Yamahe, przyszedł czas żeby z większym spokojem, bez emocji sprawdzić co tak na prawdę udało się kupić. Jak moto wyglada nie bardzo będę się przejmował, podstawiam więc pieniek, staję na nim zarzucam nogę wysoko i z półobrotu jak karate kid na filmach i już po chwili w polu znajduję sporą kałużę. Pamietam, co mówiły mądre osoby chcące wpoić mi do głowy zasady bezpiecznego przejazdu przez wodę. Powoli i delikatnie z gazem bo może wystąpić złe zjawisko zwane aquaplaningiem, posyłające jeźdźca na glebę w rozbryzgach wody, a jego duszę wprost w opiekę św Piotra. Czuję coś jakby sztywna dotąd rama zmieniła się w eleastyczne ciało wijącego się węża, czuję też jak prędkość z jaką się poruszam zaczyna maleć. Wiem, co oznaczają te zjawiska, wiem, że bez wylewania błota z butów się nie obejdzie jak nic nie zrobię. Wiem, co by było gdybym jechał jak dotychczas, fazerem po asfalcie ale teraz? Przypominam sobie jak Jeremi niejednokrotnie powtarzał, że na kłopoty w sytuacjach, gdy pojazd zaczyna żyć własnym życiem pomaga... pooower! Na wszelki wypadek zamykam oczy i odkręcam manetkę. To był mój pierwszy, w pełni niekontrolowany drift w błotnej kałuży gdzieś w polu rolnika, który pewnie nie sprzeda mi już nigdy więcej pysznych jajek od hodowanych przez siebie, szczęśliwych kur. Po powrocie zauważyłem, że w najbliższym czasie będę musiał zainstalować dwie potrzebne rzeczy w swoim garażu i będą to kran z wężem zamontowane w środku i odpływ wody do kanalizacji, bardzo gruby odpływ.

Drugiego dnia emocje osiągnęły jeszcze wyższy poziom. Nawet nie wiedziałem, ze nieopodal domu mam lasek z kilkoma rowami, zwalonymi pniami, barszczem sosnowskiego i składowiskiem niesprzedawalnych na giełdzie elementów wyposażenia wnętrza samochodów rożnej maści. Pośród, wydawałoby się, niedostępnych łąk można znaleźć, gdyby ktoś potrzebował, deski rozdzielcze wraz z podszybiem do popularnych marek pojazdów poruszających się po ulicach. Przypomina to warsztat pod chmurką. Pewnie nigdy bym tam nie trafił, gdyby nie koza. Minusem w takich eksploracjach jest jednak grawitacja, mocno dająca się we znaki. Przy każdej okazji bezlitośnie i przy każdej okazji przyciągająca xteka do ziemi zarówno w pionie jak i poziomie. Plusem okazała się jednak wysokość, która  z początku budziła we mnie grozę. Otóż spadając ma się wystarczająco dużo czasu aby dokładnie przemyśleć plan lotu, spakować walizki i dokładnie obliczyć w którym miejscu wysiąść żeby nie zrobić sobie zbyt dużo krzywdy i nie wpaść jednocześnie w jeżyny. 

Kolejne dni to ciągła siłownia na świeżym powietrzu, ćwiczenie martwego ciągu, wzniosu na palcach, wzmacnianie barków, praca nad ramionami, przysiady. Hardkorowy koksu mawia, że duża siła bierze się tylko z dużych stejków, można jednak inaczej, wystarczy zabrać takie trochę pordzewiałe enduro, które na zdjęciach prezentuje się najlepiej w pozycji horyzontalnej lub wertykalnej kołami do góry, dumnie prezentując jak to ma suchą miskę olejową. Po kilku takich wyjazdach, koksu zmieniłby zdanie co do planu treningowego a ja kiedyś wygram Runmageddon czego każdemu życzę.

Autor: SoftLife

Artykuły

CZYTAJ WIĘCEJ

Znajdź artykuł