Strona wykorzystuje pliki cookies. Jeśli wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony! Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat plików cookies kliknij tutaj

Piwowarek

Nie jest łatwo napisać o sobie, tym bardziej, iż początki mojej przygody z motocyklami sięgają początku lat 90. Zaczęło się zupełnie niewinnie, jak większość podobnych historii. Moi dziadkowie mieszkają w województwie świętokrzyskim na małej wsi, której do niedawna nawet Google nie znało. Niby nic wielkiego jednak dla mnie ostatnie miejsce na ziemi, w którym odnajduję spokój i równowagę. Piękne lasy i pola, a co najważniejsze - cisza, której tak mało na co dzień. Ciężko tam z zasięgiem telefonów komórkowych, nie wspominając o dostępie do internetu. W takim klimacie często spędzałem wakacje jako młody chłopiec. Pisząc ten teks wspominam tamte czasy i momentami przeraża mnie moja ówczesna wyobraźnia. Miliony pomysłów, a z perspektywy czasu stwierdzam, że większość to było istne szaleństwo, ale nie o tym miałem pisać…

Piękny lipcowy poranek. Słońce rozgrzewa swoimi promieniami zroszoną ziemię. Pamiętam to jak dziś. Śniadanie na dworze. Jajecznica z milionem dodatków w stylu – to co znajdziemy w lodówce, dajemy na patelnię. Ledwo 9:00 na zegarze, a już jest gorąco, co zwiastuje upalny dzień. Dziadek wpadł na pomysł, abyśmy pojechali na grzyby do lasu. Oczywiście nie protestowałem do chwili kiedy okazało się, iż tym razem zamiast na rowerach pojedziemy motorowerem. Ehhh… przyznaje się bez bicia, że w chwili gdy to usłyszałem byłem przerażony. Za dawnych czasów Dziadek miał w swoim garażu wiele motocykli jednak po Junakach, WSKach, WFMkach i innych dziś zabytkowych sprzętach, zostało tylko wspomnienie i Romet Ogar 205 w kolorze pomarańczowym. To był prawdziwy rasowy przecinak – dla takiego łebka jak ja. Nie pamiętam czy znaleźliśmy jakieś grzyby bo w pamięci mam mocno wyryty dźwięk, zapach i nieopisane uczucie jakie towarzyszyło mi podczas pierwszej przejażdżki na motorowerze. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to początek mojej pasji. To były najlepsze wakacje. Dziadek skrupulatnie każdego dnia tłumaczył mi zasady działania tego pięknego pomarańczowego „ścigacza”. Razem robiliśmy remont silnika, wymienialiśmy zużyte podzespoły, aby motorower, który był zaniedbany, odzyskał dawny blask. Gdy stan techniczny był już na odpowiednim poziomie, jeśli można tak to nazwać, Dziadek postanowił nauczyć mnie jak się to pomarańczowe ustrojstwo prowadzi. Załapałem szybko i dziwnym trafem polubiłem zbieranie grzybów, gdyż za każdym razem to ja prowadziłem Ogara, słuchając komentarzy i instrukcji, które wydawał mi siedzący za plecami Dziadek. Tak się zaczęła moja życiowa przygoda, która trwa do dnia dzisiejszego.

Od małolata zafascynowanego Rometem minęło wiele lat zanim powróciłem na dwa koła. W 2006 roku nadarzyła się okazja zakupu prawie nowego motocykla. Czarna jak noc Yamaha FZ1. Wrrrr… 150KM i ułańska fantazja były niezbyt dobrym połączeniem. Udało się jednak zachować rozwagę i kończąc sezon na liczniku było nawinięte około 15 tysięcy kilometrów. Priorytety zmieniły się bardzo szybko gdy zmieniłem pracę. Gonitwa za kasą, mało czasu i motocykl znalazł innego właściciela. Jednak za każdym razem gdy słyszałem na ulicy jadący motocykl, moje serce biło szybciej doprowadzając krew do wrzenia. Koniec i basta powiedziałem, któregoś pięknego dnia kupując nowiutką Hondę CB1000R. Oczywiście w jedynym słusznym dla mnie kolorze – czarnym. Sezon 2010 zakończył się wynikiem około 10 tysięcy i zamówieniem większego motocykla, którym było BMW K1300R. No dobrze, przyznaje się, że trochę mnie poniosło, ale raz się żyje. Kolejne trzy sezony spędzone na BMW były jak szalone. Motocyklem jeździłem gdzie tylko się dało. Po przysłowiowe bułki do sklepu również. Po trzech sezonach BMW z prawie 50 tysiącami na budziku powędrowało do jednego z Członków Grupy, który mam nadzieję, będzie tak samo zadowolony z tej szalonej bestii jak ja. Teraz przyszedł czas na motocykl, który pozwoli mi zjechać troszkę z asfaltów. Na szczęście BMW dopracowało R1200GS i od 2013 roku motocykl ma to wszystko czego brakowało mi w poprzedniej generacji tej legendy, więc wybór był prosty. Mam nadzieję, że R1200GS LC, którego dosiadać będę w kolejnych latach, będzie bezawaryjne i zawiezie mnie tam gdzie oczy poniosą. 

 

Nasza wizja

  • 1 Bezpieczeństwo

    Podstawą każdego wyjazdu jest bezpieczeństwo wszystkich uczestników, dlatego szkolimy się kiedy tylko możemy.

    >>>
  • 2 Braterstwo

    Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Slogan stary jak świat, jednak wciąż aktualny pod warunkiem, że trafisz na odpowiednich ludzi.

    >>>
  • 3 Atmosfera

    Wspólne wypady, te krótkie i dalekie, są mniej ciekawe jeśli pokonujesz każdy kilometr samotnie. Jednak jest na to lekarstwo...

    >>>